top of page

Dardża

Zaktualizowano: 26 gru 2025

PART 1.


Dardża jest synem rybaka zwanego Sardżą z Gudży. Ma ośmiu braci i pięć sióstr, jest dwunastym w kolejności dzieckiem swojego ojca. Jak jego bracia, Dardża pracuje przy połowie ryb. Zatoka Mabaiska i okoliczne wyspy to dość obfity region rybacki, więc wiele przybrzeżnych miasteczek zajmuje się niemal wyłącznie połowem. Przewagą Sardży i jego synów, jest to, że jest ich wielu. Nie są najlepszymi rybakami, ale daleko im też do najgorszych. Prowadzą wyjątkowo zwykłe, zabiegane i śmierdzące rybą życie.


Dardża ma 14 lat i nie ma marzeń. Ojciec nauczył go jak być posłusznym, odpowiedzialnym i mądrym ojcem domu, ale nie pokazał mu ani ambicji, ani ojcowskiej miłości. Jedyne co Dardża robi w życiu to pływanie kutrem i łowienie, patroszenie ryb, ładunek. Najlepiej z rodzeństwa zna drogę więc ojciec wysyła go raz w tygodniu do odległej Apozy (duże miasto portowe) żeby dostarczył towar na targ.


Dardża nie wie dlaczego jeździ do Apozy. Tam mają dużo lepsze ryby. Łowisko niej, czyli Ławice Desz, to prawdziwa legenda. Być może najlepsze na całym świecie. Pełna wielkich ryb, które przypływają do ciasnej i spokojnej zatoki Fadżarskiej by złożyć ikrę. Co roku cały brzeg pełen jest przybyszów na festyny i targi. Ławice Desz to marzenie każdego rybaka i Apoza jest zaledwie dzień drogi morskiej stamtąd. Mimo to ojciec nalega na to, żeby sprzedawać tam ryby z ich miernej zatoczki. Podobno to jedyne miejsce w którym Brykieć Karmazynowy żeruje w lecie. Dardża nie bardzo ojcu wierzy, ale przyznaje że w Apozie ceny Brykci są wysokie.


Aby dostać się do Apozy przeba przejechać przez granicę. Kiedyś cały ten półwysep należał do Nadżawary. Jakieś 200 lat temu Wolszoia najechała Nadżawarę i zajęła jedną trzecią kraju. Wówczas król, zamiast walczyć, wyszedł z propozycją nierównego sojuszu. I tak, od dwóch wieków Wolszoię i Nadżawarę łączy bliska współpraca, choć Nadżawara jest tutaj poddanym, a Wolszoia panem.


Dardża nie wie kim jest. Wolszoianinem? Nadżawarem? Mieszka po stronie wolszoiskiej, ale używa języka nadżawarskiego. Mieszka niedaleko miasta Prochnostov, ale jego wioska ma nadżawarską nazwę – Gudża. W Apozie ma kontakt z kupcami całego świata, słucha opowiadań z każdego zakątka. I trudno mu odpowiedzieć na pytania kim jest, bo chłopak serio nie wie.


Pewnego razu zdobył się na pytanie. Gdy jego ojciec wypił kilka kufli piwa i leżał odpoczywając po długim połowie, Dardża zapytał kim są, jako rodzina i czy powinien być patriotą. Ojciec skrzywił się i powiedział:

- Wiesz co to bukhvany?

- Takie duże jaszczurki. Mówili że są w Aszmaraelu i że to pasożyty na drzewach.

- Nie, nie pasożyty. One żyją z drzewem w symbiozie. One spijają soki ze swojego drzewa, ale w ogóle chodzą po nim, po gałęziach wszędzie i zjadają robaki które je krzywdzą, grzyby i inne świństwa. Czasami nawet podgryzają gałęzie innym drzewom, żeby dać więcej słońca swojemu. Bukhvan zna i dba o swoje drzewo.

- No i co?

- Bukhvan nie pochodzi od żadnego drzewa. On bierze pierwsze lepsze. Ale jak już je znajdzie, będzie dbał o nie do śmierci. Tak samo jest z mężczyzną. Nie wybiera gdzie się urodzi, ale zna swoją rodzinę i musi być za nią odpowiedzialny.


Te słowa Dardża zrobiły na Dardży bardzo duże wrażenie. Wstał i poszedł dalej patroszyć ryby, nie mogąc przestać myśleć o tym, czy jeśli nie czuje powinności wobec swojej rodziny, może się nazywać mężczyzną.



PART 2.


Bycie piętnastolatkiem w zawodzie rybaka nie oznacza że sobie popływasz. Oznacza raczej że będziecie ganiać kutrem za ławicami a później nie dadzą ci nawet ciagnąć sieci. Dardża siedział więc zazwyczaj i pakował ryby, dbał o olinowanie, przynosił braciom wichajstry których potrzebowali. Gdy Kardża mówił „młody weź dawaj tego, tego no”, Dardża wiedział dokładnie o co mu chodzi. Pływali jednak tylko od Inożu do Pumdżu. Najbardziej ekscytująca była konkurencja z innymi rybakami. Wygrywał ten, kto miał szybsze łodzie, oraz lepszą znajomość Zatoki Mabaiskiej i wszystkich jej wysp.


Pływając między nimi, Dardża patrzył na braci, ojca i innych rybaków, zastanawiając się jak ma, z chłopca, stać się mężczyzną. Pamiętał co ojciec powiedział o bukhvanach. Odpowiedzialność za swoje drzewo. Nie dziwił mu się. Gdy pierwsza żona od niego odeszła został się z czwórką dzieci. Gdy druga umarła, miał ich już dziewięcioro. Był za nie odpowiedzialny. Musiał je nakarmić i wychować. Ale Dardża nie miał tego samego poczucia powinności. Przekładał ryby z miejsca na miejsce całe życie. Przynosił braciom wichajstry. Mył łodzie. To nie było życie które wybrał. I gdyby miał wybór, nigdy by się na to nie zdecydował.


Gdy Dardża miał 15 lat, Zatoką wstrząsnęła tragedia. Znajomi rybacy z miasteczka Pun zaginęli. Kilka dni później, kolega z dzieciństwa, Takim, zniknął bez śladu. Ginęły całe kutry, z załogami, bez śladu. Pewnego wieczora do portu w Mabai przypłynął jeden z kutrów Sardży. Żagiel był spalony i maszt połamany. Choć wrócili wszyscy bracia Dardży, część pomocników zniknęło. Bracia opowiadali bardzo dziwną historię.


Zostali zaatakowani przez prawdziwy statek wojenny, długości ponad dziesięciu sążni. Na pokładzie byli rapugezi, więc z pewnością to ktoś z Metropolii. Naćpani swoimi ziołami, rzucali się do walki powalając każdego kto stał im na drodze, ale nikogo nie zabijali. Ładowali ich na swój pokład. Spośród czterech kutrów, które zostały zaatakowane, powrócił tylko ten najszybszy. Ponadto statkowi wroga towarzyszyły wcześniej zaginione kutry. To było pewne. Łowcy Niewolników z Metropolii grasowali w okolicy.


Przez kilka dni niemal nikt nie wyruszył na połów. Ktokolwiek wyruszył, nie wracał. Prace w domu również zastygły. Dardża wymknął się, zanim ojciec postanowi pocieszyć rodzinę przez zajmowanie ich pracą. Powałęsał się po wioskach i doszedł aż do Diużu, gdzie postanowił odwiedzić Seirgeja, kumpla z którym często pływał w Zatoce. Dymitr powiedział mu, że w karczmie jego ojca spotyka się właśnie tajne zgromadzenie. Rybacy z całej Zatoki i okolic, dyskutują jak można obronić się przed Łowcami. Gubernator w Dymitrogradzie twierdzi że może wysłać wojsko tylko za pozwoleniem Cesarza i tylko jeśli Łowcy nie odpuszczą przez dłuższy czas. Bez wsparcia Gubernii rybacy nie mieli szans w walce. Dlatego Sardża i kilku innych ojców nie zgodziło się wysłać swoich synów na pewną śmierć.


Pojawiła się jednak nadzieja. Przyszedł pewien chłopiec, który twierdził że ma szpiega u Łowców. Kupili oni dokładne mapy Zatoki od pisarza w Sibaidzie i mają nawigatora z miasteczka Radżpur. Podobno ich nawigator leży nieprzytomny po bójce którą mieli na statku i wzięli na zastępstwo jego syna, który wszystko wygadał koledze. Łowcy planują splądrować port w Mabai i uprowadzić kobiety i dziewczynki. Wiadomo kiedy i wiadomo od której strony.


Gdy Dardża powiedział o tym ojcu, Sardża zdzielił go w łeb. Zakazał mu iść i mówić komukolwiek. Nie chce by jego synowie ginęli w nierównej walce przeciw wojsku Metropolii.



PART 3


Zapadł zmrok. Dardża wykradł się z domu. Kazali mu ubrać kilka warstw grubych, wełnianych koszulek i skórzano-drewniany pancerz ojca, z czasów gdy ten był w woju. Nie minęło pół godziny nim był już zresztą rybaków na pokładzie kutra, jednego z wielu czatujących na przeciwnika.


W ciemności zobaczyli posuwający się statek. Czy miał dziesięć sążni czy więcej, trudno było określić, ale zdumiewająca była jego szerokość. Wyglądał jakby miał dwa kadłuby. Wojenny karawaran Metropolii. Zaprojektowany by przewodzić oddziały wojenne. Ten przewodził niewolników. Towarzyszyły mu skradzione wcześniej kutry. Dardża wiedział, że jedynym ratunkiem jest tutaj jeden człowiek, o imieniu Shinża. Był niezwykle spokojnym, uprzejmym człowiekiem, ale o jego wojennych przygodach słyszeli wszyscy w okolicy. Shinża miał plan. I wszyscy wiedzieli, że od jednego kluczowego manewru zależy wszystko.


Łowcy nie mieli przewodnika, jedynie mapy. W nocy nawigowanie między wyspami i półwyspami jest niezwykle trudne. Wiedzieli jednak że muszą minąć dwie wyspy i wpłynąć w drugą napotkaną cieśninę. Planem Shinży było sprawić, że przegapią jedną z tych cieśnin i wpłyną w trzecią – która była małą zatoką o wąskim przejściu. Wszystko zależało od tego, czy rybacy będą w stanie sprawić, że Łowcy przegapią jedną z cieśnin. Przewagą rybaków było to, że potrafili nawigować po tych wodach nawet bez mapy.


Rybacy nie mieli oświetlonych łodzi, więc wróg jeszcze ich nie zauważył. Czekali w cierpliwości, aż podpłynie bliżej. Płynął wzdłuż brzegu pierwszej z dwóch wyspy. Nagle, rozległo się gwizdanie z mostka Shinży. Rybacy podali gwizdanie dalej i dalej, aż na plaży usłyszano sygnał i zapalono światła. Oświetlały one brzeg obu wysp, a pomiędzy nimi paliły się na zakotwiczonych tam kutrach. Z wyspy poleciały w kierunku wroga strzały i kamienie. Nie było już odwrotu. Łowcy wiedzieli o ich obecności.


Shindża wydał rozkaz ataku. Rybacy trzymali dystans, rzucają bańkami smoły, które pękały i rozlewały się po pokładzie. Jednocześnie inni strzelali płonącymi strzałami. Choć nie zadawało to większych zniszczeń, Łowcy mieli zajęcie, które ich dekoncentrowało. Gdy Shindża zauważył, że mają do czynienia z potężnym katamaranem, zaczął kombinować. Dwa kadłuby były mocne i miały mniejsze zanurzenie. Zawieszony pomiędzy nimi pokład unosił się nad wodą. Odwrócił się do załogi.

- Kto dobrze się wspina i chcę zostać legendą?!

- Ja! - krzyknął Dardża.

Nie chciał zostać legendą, ale w końcu przyszedł tu by walczyć, nie siedzieć na tyłku.

Sardża kazał im położyć się w małej szalupie i przykryć kocem. Szalupę pchnięto wprost pomiędzy kadłuby karawarana.


Wpłynęli pod pokład. Zapanowała ciemność. Słychać było przytłumione głosy rybaków otaczających statek i tupanie biegających po pokładzie Łowców. Dwunastu chłopaków leżało ściśniętych, wsłuchując się w te dźwięki. Stresowali się, ale znajdowali w tym momencie pewien spokój. Gdy tylko znów zobaczyli światło latarni na rufie statku, wstali i zahaczyli o nią. Jeden po drugim, zaczęli wspinać się pomiędzy oknami rufy. Z workami ze smołą i bronią, nie było to łatwe. Gdy Dardża znalazł się na rufie, oślepiony światłem i oszołomiony zamieszaniem, stanął w bezruchu. Jedyne co brzmiało mu w głowie to „Oni chcą cię zabić. Nie daj się zabić”. Podbiegł do pierwszego rapugeza i utopił w jego plecach swoją włócznię. Zostali zauważeni. Dwunastu rybaków rzuciło się do walki. Rozbili smolne bańki na schodach na mostek i je podpalili. Dardża podbiegł do sternika i nie myśląc o tym wiele, popchnął go tarczą. Ten upadł na ziemię, gdzie został przebity włócznią. Kolejna osoba leżała martwa. I nie ostatnia.


Gdy rapugezi zaczęli omijać płonące schody i wbiegli na mostek, rzucili się do ataku. Czterech rybaków zginęło od razu. Z wściekłym krzykiem rapugezi rzucili się, zabijając jednego po drugim. Dardża chwycił Seirgeja i pociągnął go za sobą. Wskoczyli do wody, tak jak trzech innych. Stracili tym sposobem siedmiu, ale osiągnęli swój cel.


Unosząc się w ciemnej toni, Dardża spojrzał na lekko poruszające się światła w cieśninie. Łowcy właśnie ją mijali. Plan się powiedzie. Wpłyną do trzeciej cieśniny zamiast do drugiej. Znajdą się w małej, krętej zatoczce, otoczeni atakującymi, gdzie ich pokraczny karawaran nie będzie mógł nawet zawrócić.


Łowcy tego nie wiedzieli, ale Dardża już wiedział. Wiedział także że czuje radość. Po raz pierwszy od dawna, czuł że żyje. I to właśnie wtedy. Unosząc się w ciemnej toni oceanu, w nocy. Ale nie czuł szczęścia pod wpływem wrażeń. Czuł szczęście bo miał okazję walczyć za coś, na czym mu zależy. Za bezpieczeństwo bliskich. Na takiego mężczyznę zamierza wyrosnąć. Takiego który broni swojego drzewa.


Dardża powróci w parcie 4

Mapa Zatoki jest w komentarzu.



PART 4


Nie tak sobie to wyobrażał, ale tak wyszło. Pewnego dnia się spakował i poszedł do ojca, oznajmić mu, że idzie. Stary Sardża był bardziej zdziwiony niż zły, ale powiedział Dardży, że ma zostać. Chłopak jednak powiedział mu prostą rzecz: „idę szukać swojego drzewa”.


Pożegnał się z całą rodziną. Z Kardżą, Fardżą, Bardżą, Pardżą, Lardżą, Wardżą, Nardżą, Dzardżą, Szardżą, Dżardżą, małą Lardżą, Tardżą i ze Stefciem. Wziął kilka ubrań, swoje odświętne spodnie i dobre, skórzane kozaki. Gdy wychodził z bramy gospodarstwa, odprowadzali go bracia, ale ojciec jedynie patrzył przez okno. Dardża wiedział, że życie które go czeka, może i będzie ciekawsze, ale nigdy tak bezpieczne, jak mury, które właśnie opuszcza.


W Diużu spotkał się z Seirgejem. Przyjaciel, zaskoczony jego decyzją, próbował go przekonać by został. Dardża jednak powiedział:

- Chcę znaleźć miejsce, w którym będę czuł się jak wśród swoich

- Chodzi o wczoraj – zapytał Seirgej

- Wczoraj?

- No, o walkę

- Co z nią?

- Wczoraj byliśmy pod wpływem stresu, ale dziś od rana prześladuje mnie widok tego człowieka, którego zabiłem. Jego twarz i jego krwawiący brzuch w który wbijałem włócznię.

- Ty wiesz że mnie to nie rusza – powiedział Dardża, wzruszając ramionami.

- Naprawdę?

- Czuję jakby wczorajszy wieczór było trochę nierealny.

- Wiesz że to może teraz dziać się częściej prawda? W drodze spotka cię wiele niebezpieczeństw.

- Tak

- Masz broń?

- Mam nóż.

- Masz jedzenie?

- Kilka ryb.

- Poczekaj, przyniosę ci z karczmy zapasy.


Dardża opuszczał Seirgeja z większym żalem niż rodzinę. Ruszył, ale nie główną drogą przez Prochnostov do Apozy. Miał już dość tej drogi. Poszedł do Radżpuru, stamtąd długą szosą przez serce Guberni Dymitrii. Im dalej w głąb lądu, tym mniej Nadżawarsko było. Ludzie pytani o drogę odpowiadali czasem po wolszoiańsku, czasem nadżawarsku. Szyld zajazdu był napisany po unirycku, nie w dewanaskanie. Szczególnie w Guberni Vasylinii, która nigdy nie była Nadżawarska. Gdy doszedł do Boskai, nie czuć było ani morza, ani wilgoci. Był kraj suchy i gorący. Gdy dotarł do Dymitrogradu, stolicy Guberni Dymitrii, był zaskoczony bogactwem miasta stojącego na skraju pustyni. Kraina ta pełna była kopalń, odkrywek i jarów otnatowych. Zatrudnił się w karawanie z Dymitrogradu do Bycach, by móc zapłacić za osiołka. Jak dotąd podróż była spokojna.


Przekroczył granice Wolszoi i Nadżawary. Bycach jest miastem położonym pośród gór i pustyń, ale ma dostęp do rzek. Niedaleko miasta jest Fort Bharataiła. To tutaj, na 200 lat temu stanęły naprzeciw siebie dwie armie. Król Bharataił I kontra Vlad Ylvir I Niszczyciel. Król Nadżawary zrobił wówczas coś, na co nie zdobył się żaden inny władca. Oddał się dobrowolnie pod władzę Wolszoi, zawarł z Vladem Ylvirem sojusz i tak uniknął losu, jaki spotkał inne kraje które walczyły z Wolszoią. Jeśli Nadżawara była Dardży domem, tutaj powinien poczuć jakąś dumę, patriotycznego ducha. Ale nie czuł nic. Nie był na swoim drzewie.


Podróżując na północ do górskiego miasta Vomaisk, przeszedł przez granicę do Daotrii. Jednak widok skalistych, strzelistych szczytów go nie pociągał. Daotria osławiona jest, jako republika. Nie rządzi nimi król, a prezydent. Oczywiście, podobnie jak Nadżawara, jest pod władzą Wolszoi.


Tak szybko jak wszedł do Daotrii, tak wrócił inną drogą do Nadżawary. W Tnoum znów został tragarzem karawany. Pustynny szlak wiódł przez Salkestrę i kończył w Forcie Rath. Wreszcie wchodzili do Nadżawary Właściwej. Pierwsze miasto już, nazwane było od imienia wielkiego generała, później króla, Dandżamiry. Przypomniało mu to o historii wojny domowej w Nadżawarze. Gdy niegodna dynastia Zeptarów, została obalona przez Rishana i Dandżamirę. Nareszcie. Zobaczył Zatokę Fadżarską i wyspę z dworem królewskim majaczącą na horyzoncie. Piękno nabrzeży, mnogość kutrów i kupców, zachwyciło Dardżę. Zobaczył wielkie, białe żagle, ropięte na wietrze. Wypełniały cały widnokrąg.


Wiedział, że to jest życie, o którym marzył.



PART 5


Jeśli rybakiem jest być trudno, marynarz przechodzi przez piekło. Dardża od miesięcy pracuje na nadżawarskiej karaweli handlowej. Z początku jedynie mył pokład, ale dzięki rybackiemu doświadczeniu, otrzymał obowiązki sprawdzania olinowania. Oczywiście nadal roznosił posiłki i był dla wszystkich chłopcem na posyłki, ale przynajmniej nie musiał szorować pokładu. Jego przełożonym był cieśla pokładowy, któremu Dardża pomagał w pracach konserwacyjnych. Był zdecydowanie cudzoziemcem. Na imię Caithsut, choć mówił po nadżawarsku, to z silnym akcentem.


Caithsut wyglądał na nieustannie znudzonego. Trochę jakby całe zamieszanie na statku jedynie rozpraszało go w trakcie jego roboty. Był jednak świetnym cieślą i podczas konserwacji żagli, sprawdzania olinowania czy kotwicy, Dardża się o tym przekonał. Pewnego bezsennego wieczora znalazł swojego nauczyciela czilującego na dziobie. Poczęstował go suszonym mięsem z mahianta które żuł. Caithsut trzymał w dłoni tabliczkę z przewijanym zwojem. Dardża nie znał pisma, którym był zapisany.


- Nie wiedziałem, że czytasz – powiedział.

- Kiedyś miałem na to więcej czasu – wzruszył ramionami cieśla.

- Co to?

- Legenda o Versmaku – wyjaśnił – kupiłem w Vetzmechii.

- Chciałbym kiedyś tam popłynąć – uśmiechnął się Dardża – ty już pewnie byłeś wszędzie.

- Nie wszędzie, ale tak, byłem w paru miejscach.

- A skąd pochodzisz?

- Z Metropolii.

Dardża cofnął się nieco. Caithsut zobaczył w jego oczach strach, zdziwienie i gniew.

- Masz jakiś zatarg z Metropolią?

Dardża milczał. Przed oczami miał bitwę w Zatoce, a w uszach brzmiał krzyk rapugezów. Caithsut uniósł brew w zdziwieniu.

- Ktoś z Metropolii coś ci zrobił co?

- Powiedzmy

- Cokolwiek to było, pamiętaj że Metropolia to nie kraj i nie naród – wyjaśnił – nie mam nic wspólnego z człowiekiem który mógł cię skrzywdzić.

- Metropolitanom zależy tylko na pieniądzach – rzucił Dardża.

- A jednak wydałem półroczny żołd żeby kupić tę legendę – Caithsut wskazał na zwój.


Widzisz, Metropolia to tak naprawdę unia – zaczął Caithsut – setki tysięcy kupców pod wspólną flagą. Obywatel Metropolii widzi w drugim rywala, nie brata. Zrezygnowałem tego życia, bo to wyścig kargulców. Musisz wyrabiać sobie markę. Jeśli ludzie cie znają i polecają, otrzymujesz obywatelstwo. Ja szczerze mówiąc, wolę to życie, jako specjalista na statku, z dala od tego ustroju. Dlatego nie ma – jak mówisz Metropolitan. Są to ludzie każdej narodowości, którzy wspólnie oddają cześć, chwałę i uwielbienie jednemu bogu. Sukcesowi. Nie jest to naród, bo nie ma tam braci. A ty? Kogo nazywasz braćmi? Nadżawarę?


Urodziłem się w nadżawarskiej części Wolszoi – odpowiedział Dardża – ale nie czuję się ani nadżawarem, ani wolszoianinem. Tu, na statku czuję się dobrze, ale nadal nie jestem w domu. Odwiedziłem już Zhongarię, Yinhanegę, Alagarię, Winderlandię, Bedaux, Zariuzur, Chnarmas i Meserentię. Każdy kraj jest inny, ale w żadnym nie czuję dobrze. Może jestem skazany na wieczne błąkanie.


Caithsut spojrzał na chłopca. Lata spędzone na statku nauczyły go rozpoznawać ludzi. I wiedział, że przed sobą ma kogoś, którego jedynym mieszkaniem jest kajuta statku.


- Dardża – powiedział – jutro przepłyniemy przez Cieśninę Wirxy i znajdziemy się na Oceanie Śródlądowym. Od jutra zaczniemy twoje szkolenie jako cieśli okrętowego. Będziesz tego potrzebował.


PARĘ MIESIĘCY PÓŹNIEJ


Dardża – posiadając zapięczętowany dyplom cieśli okrętowego – opuścił statek i zaokrętował się na galeonie Metropolii.



PART 6


Minęło parę lat. Dardża pływa na fregacie flagowej Jonasza Masarea, jako negocjator kupca Daryuna. Dardża zwiedził cały świat, ale nigdzie nie poczuł się jak w domu. Wojna, jaka rozpętała się między Metropolią a Atlantydą sprawiła, że nie mogli odwiedzić żadnego z portów wroga, statkom handlowym przypisana była eskorta. Nawet ta fregata zdążała do Bothropianes, gdzie negocjowano umowę z jedną z firm rybackich na dostawy prowiantu do Metropolitańskich statków.


W trakcie tych niespokojnych czasów, Dardża nie mógł również znaleźć spokoju sam ze sobą. Dawno już przekonał się, że Metropolia to mieszanka przybyszów z każdego zakątka świata i nie miał im za złe incydentu z Łowcami sprzed lat. A jednak, w obliczu wojny przeciw Atlantydzie, był ostatnią osobą, którą obchodziła walka.


Dlatego właśnie zrezygnował z czapki kapitańskiej. Zaczynał być znany wśród kupców jako sprawny kapitan, a ostatnim czego potrzebował, to pływać i walczyć w wojnie, o którą nie dbał.


Jako cieśla zwiedził szlaki między Asroc a Nadżawarą. Jako bosman żeglował przez Cieśninę Amekańską do Sia Peolo, gdzie poznał Vertebryzm. Widział tam kapłanów, kreślących powoli tajemne kręgi i symbole, nucąc powoli pieśni do swoich bogów. Pytał siebie wtedy, w co sam wierzy. Nic nie przychodziło mu do głowy. Zaczął jednak kląć imieniem jednego z ich bogów. Wśród vertebrystów to poważne bluźnierstwo, ale „sivize” to zwykły bluzg wśród marynarzy.


Jako drugi oficer zwiedział Południowe Rubieże, gdzie zakochał się w wyspiarskim kraju Winderlandii. To pod żaglami czuł się najlepiej, najwyrażniej mieszkańcy wysp także. Byłby został tam, gdyby nie chłodne przyjęcie przez Winderlandczyków którzy zdawali się być strasznymi snobami.


Jako pierwszy oficer podróżował po Północnych Rubieżach. Tam nabrał doświadczenia w boju, atakowany przez lokalnych piratów. Tam też zginął kapitan i Dardża musiał sam zająć jego miejsce, doprowadzając statek przez niebezpieczne wody Północy, aż do Metropolii.


Nie był kapitanem długo, chciał bowiem uniknąć zajmowania stron. Nie był ani obywatelem, ani żołnierzem, ani nawet marynarzem Metropolii. Był negocjatorem na usługach prywatnego przedsiębiorcy. W tej roli czuł się świetnie i kapitan dobrze go rozumiał. Jednak wojna trwała już od roku i to wszystko miało się wkrótce zmienić.


Gdy mijali Zatokę Bahirską, dostrzegli na zachodzie okazały okręt. Gdy spostrzeżono jego barwy, kapitan ogłosił stan gotowości. Atlantycki krążownik był poważnym zagrożeniem, nawet dla fregaty. Kapitan czekał, aż będą mieli więcej informacji na temat wroga. Kapitan wodził wzrokiem po pokładzie, w poszukiwaniu jednego. Trójzębów. Rozkazał rapugezom zażyć teste-o-virun. Kusznicy już byli gotowi. Nagle na pokład wroga wyszedł spory oddział wojskowy. Głównie włócznicy, ale wśród ich grotów, dały się zauważyć także trójzęby.


Gdy Dardża wyszedł z podpokładu, kapitan od razu go zauważył. Podszedł co niego i gestem dłoni nakazał iść za nim.

- Ściągaj ten kubrak czerwony – powiedział – masz, załóż to – rzekł, dając mu szarą koszulę. Dardża był zdezorientowany. Kapitan wszedł z nim do karceru, po czym cofnął się o krok i szybko zamknął drzwi.

- Kapitanie – zaprotestował Dardża.

- Ja i moja załoga walczymy w imię naszych panów, ale ty nie musisz ginąć w naszej wojnie – odpowiedział kapitan – w razie gdybyśmy nie wyszli z tego cali, mów, że byłeś jeńcem.

Kapitan bez słów pożegnania odwrócił się i odszedł.


Dardża usłyszał wojenny okrzyk rapugezów. Kładki abordażowe zostały rzucone. Świst strzał, brzęk metalu i krzyki zagłuszały myśli Dardży. W końcu korytarza spadło jakieś ciało. Czerwony płaszcz sugerował rapugeza. I tak, raz po raz coś uderzało w ziemię a hałasu było coraz mniej.


Zobaczył jak pod pokład wchodzi postać. Był w obcisłej koszuli błyszczącej jak rybie łuski. Nosił potężny naramiennik. Od jego muskularnej postawy bardziej groźne wrażenie sprawał jedynie epicki trójząb który dzierżył. Dardża po raz pierwszy zobaczył Trytona.



PART 7


Dardża został wyciągnięty z karceru i oddzielony od reszty. Metropolitanie ze statku zostali zabrani, zapewne na wymianę jeńców w neutralnym porcie w Bahir. Kapitan atlantycki, gdy dowiedział się że Dardża był w karcerze i że nie jest Metropolitańczykiem, spojrzał na niego podejrzliwie i kazał zabrać na statek. Nie było czasu na przesłuchania.


Tak Dardża trafił do niewoli. Areszt na okręcie Atlantydy był zaskakująco znośny. Karcer znajdował się w tym samym pomieszczeniu co jadalnia, więc często marynarze podchodzili pogadać z więźniem. Jako że Dardża nie był z Metropolii, widzieli go jako wroga ich wroga, być może przyjaciela. Gdy Dardża wyjaśnił kapitanowi, że jest jedynie negocjatorem który świadczył usługi prywatnej kompanii handlowej, ten wypuścił go z karceru. Był jednym z tych, którzy nie chcieli słuchać tłumaczeń i wyjaśnień.

- Dobra, już – westchnął – po prostu wyrzucimy cię w najbliższym porcie. Jeśli chcesz jeść, idź weź się za pracę przy czyszczeniu pokładu.

- Jeśli mogę się przydać – przerwał mu Dardża – mam doświadczenie…

Kapitan wstrzymał go gestem dłoni.

- Idź pan do bosmana.

- Pójdę do bosmana.


Do czasu Dardża dostał robotę jako pomocnik okrętowego cieśli. Jednak praca to krążowniku Atlantydy była zupełnie inna niż na zwykłym statku. Drewniany kadłub pokryty był metalowymi płytami. Maszty, miały metalowe zbrojenia, podobnie jak i sam szkielet. Jednego Dardża nie rozumiał. Jak oni to zrobili? Na łączeniach zbrojeń były ślady stopionej stali! Jak? Może to nie była stal? Brzmiała inaczej gdy się ją stuknęło. I co to za zielononiebieska farba, odporna na wodę i łatwa w czyszczeniu? W jednej części podpokładu widać było jakąś potężną maszynerię.


Było to zupełnie inne doświadczenie niż w Metropolii. Tamtejsze statki znał na wylot. Często były robione na odwal się. Załodze cięto koszty. Tylko kompanie transportowe miały lepsze warunki. Bo Metropolia, choć znana ze swoich żeglarzy, tak naprawdę, nie zajmuje się żeglarstwem konkretnie. Im zależy po prostu na zysku. Ale Atlantyda była związania ściśle z morzem. Produkowali floty na zamówienie, naprawiali, sprzedawali, wypożyczali, można było nająć kilka jednostek do swojej wojny, lub trasportu bogactw. Prawdziwy raj dla wszystkich, związanych z żeglarstwem.


Atlantyda była znana ze swoich świetnych statków. Legenda mówi, że potrafią nagle przyspieszyć, znajdując się niedaleko okrętu wroga. Znani byli też z uderzania w burtę przeciwnika swoim stalowym dziobem. Niektóre z krążowników miały tarany, które po wbiciu się w kadłub, ziały ogniem. Dla Vertebrystów, byli wysłannikami złych bogów śmierci i morderstwa.


Jednak ich niezwykłe statki i strategie, bledły w obliczu największego symbolu Atlantydy. Trytoni. Potężni wojownicy z trójzębami. Poza nimi nosili cienkie, błyszczące metalicznie koszule i naramienniki. Eksperci w walce na statkach. Gdy byli na pokładzie, używali swoich długich na pięć łokci trójzębów. Gdy walczyli w górze, na masztach i olinowaniu, skracali swój trójząb, lub używali krótkich, sierpowych mieczy. W Metropolii słyszał o ich straszliwym, morderczym instynkcie, który wprawia w przerażenie także towarzyszy.


Ale teraz Dardża widział, że to nie była prawda. Trytoni, żołnierze i marynarze tworzyli zgraną brać. Część z nich była rodzonymi Atlantami, część przywędrowała z innych części świata. I każdy opowiadał niestworzone historie ze swoich stron. Dardża, nowy na pokładzie, budził największe zainteresowanie. Pytali go skąd przyszedł, dokąd popłynie gdy opuści ich w najbliższym porcie, jakie ma plany. Dardża wzruszył ramionami i powiedział, że nie wie gdzie jest jego miejsce, byleby pływać na statku.


„Swój chłop” - powiedział ktoś przy stole, na co reszta potakiwała głowami.


Dardża zmarszczył brwi. Czuł coś dziwnego. Czy mu się wydaje, czy znalazł się wśród… swoich chłopów?



PART 8


Minęło sporo czasu. Dardża odnalazł swoje powołanie. Od pierwszego razu, gdy walczył w Zatoce, fascynowało go pole bitwy, a od lat rozwijał się w żeglarstwie. Teraz może połączyć te dwie pasje. Dardża został żołnierzem w garnizonie na statku „ATS Euangellion”.


Przez wiele miesięcy trenował pod czujnym okiem Trytonów. Najpierw musiał przejść niezwykle wymagający trening akrobacji oraz pływania. Następnie przeszedł – ku swojemu zdziwieniu – do polowania. Niestandardowe podejście Trytonów polegało na tym, by sukcesywnie zwiększać trudność. Dlatego przy łowieniu ryb włócznią, nauczył się szybkości i refleksu. Polowanie na mahianty wymaga bycia niezauważalnym dla jego wyczulonych uszu. Zapady z niedźwiedziem pozostawiły na jego udzie wielką bliznę, ale nauczyły walki z silniejszym przeciwnikiem. Wreszcie polowanie na kargulce, postawiło go przed nieokiełznanym, szalonym i nieprzewidywalnym zagrożeniem. Zupełnie jak rapugezi. Dopiero po skończeniu ze zwierzętami, przeszedł do sparingu z ludźmi. Trening u Trytonów polega na minimalnej ilości teorii, maksymalnej ilości praktyki z instruktażem na żywo.


Był gotów. Otrzymał włócznię, wysokiej jakości broń ze stopów metalu o doskonale wyważonym ciężarze i sztywności. Otrzymał naramiennik z emblematem Atlantydy – trójzębem. Po raz pierwszy czuł dumę, z noszenia czyjegoś symbolu. Dla niego trójząb nie był tylko symbolem frakcji, ale także trytonów. Dopiero gdy poznał ich podczas treningów, potrafił docenić maestrię, z jaką posługiwali się trójzębem. Byli w Atlantydzie nieliczni, ale nadrabiali swoją sławą. Byli tym niezwykłym symbolem, spajającym wszystkich Atlantów.


Im lepiej poznawał historię tej cywilizacji, tym bardziej to rozumiał. Atlantyda potrzebowała symbolu. Wszak kraj zaczął zaledwie jako terytorium Botropii, które wykorzystywano do rozwoju przemysłu stoczniowego. Wyspy Starej Atlantydy, miasto Okeanos, nazywały się kiedyś inaczej. Były to nazwy botropskie, pisane po unirycku. Naród był ten sam, który zamieszkiwał region Morza Galagoriańskiego. Jednak ponad sto lat temu wyspy oderwały się od swoich panów i ruszyły w poszukiwaniu nowego miejsca zamieszkania. Tak, nowo powstała Atlantyda skolonizowała wyspy, na których dziś się znajduje. I stworzyła wielonarodową społeczność, w której nie pochodzenie, a kultura się liczy.


A kulturę mają wysoką. Choć rozmawiają po unirycku, znajomość greki jest wymagana. Mówią, że jest to język wielkiej cywilizacji która upadła. Dardża podchodzi sceptycznie o niestworzonych opowieści, o żelaznych okrętach, które strzelały na tysiące sążni, statkach, które pływały w powietrzu i tych, które przybiły do Księżyca. Wiele można usłyszeć w Atlantydzie o początkach świata, który powstał z popiołów imperiów ludzi, będących niejako jak bóstwa.


To właśnie kochał Dardża w Atlantydzie. Wieczory po krwawej morskiej bitwie, spędzane słuchając barwnych opowieści starych marynarzy, jedząc prostą strawę w kajucie dla żołnierzy. Dardża czuł się, jak w domu.



PART 9


Dardża wraca po długiej nieobecności. Wiele wypraw, bitew i niebezpiecznych misji minęło, zaprawiając go w życiu marynarza-wojownika. Awansował na Trytona, otrzymał swój wymarzony trójząb i uniform elitarnej grupy wojowników Atlantydy.


Pewnego dnia Dardża dostał misję eskortowania dyplomaty do Cesarstwa Botropii. Od lat relacje między Atlantydą a tym imperium są – delikatnie mówiąc – napięte. Ponad 100 lat temu Atlantyda oderwała się od Botropii i osiadła na wyspach Oceany Śródlądowego. Spośród czterech wojen, które rozegrały się od tamtego czasu, Cesarstwo wygrało tylko jedną. Atlantyda była dla Botropii starą i bolesną raną na honorze.


Wizyta dyplomaty z Atlantis w stolicy imperium odbywała się w wielkim stresie. Dardża nie był pewien tego, jak zareagują ludzie. Nie można wysłać Dyplomaty samego, bo jego życie może być zagrożone. Atlantyda jest używana przez władze cesarskie jako kozioł ofiarny dla każdej możliwej okazji. Atlantyda to, Wielki Admirał tamto, a Trytoni to zbrodniarze wojenni. No o ile Dyplomata nie był bezpieczny sam, jego trytońska obstawa wyglądała jak obce jednostki wojskowe w stolicy. I w sumie dokładnie tym byli.


Imiona tych dziesięciu były też znane z morskich opowieści.

  • Tezein wsławił się podczas bitew akrotyjskich, gdzie kutrami rybackimi odparł atak okrętów wojennych aż przybyły posiłki z Mesimeros.

  • Laih był najmłodszy z grupy, dołączył do ich grona po tym jak odkrył spisek mając oczernić Wielkiego Admirała.

  • Ratros miał najwyższy procent wygranych bitew. Nie wiadomo czy to jego umiejętności czy zwykły fart.

  • Pailos jest najstarszy i pamięta bitwy, o których reszta uczyła się w szkole.

  • Simlaih pochodzi z rodziny wojowników i generałów z samego Aurum Fratrum i stanowi dumę swojej linii rodowej.

  • Kederlan dostał własny zamek po dziadku Delinardzie. Jako jedyny regularnie uczestniczy w bitwach lądowych.

  • Nicefor został nazwany na cześć wielkiego męża stanu z Aurum Fratrum. Rodzice pchali go w politykę, ale synuś został najefektywniejszym zabijaką na morzach północy.

  • Grzegorz wygrał ConArenę

  • a Jechoszafat był skarbnikiem grupy.



Dyplomata otrzymał dwóch trytonów towarzyszących mu w sali obrad jako obstawa. Broń była surowo zabroniona. Dwóch uzbrojonych stało w holu. Pozostałych sześciu nie otrzymało pozwolenia na wejście do budynku. A Dardża był jednym z nich. Przed sobą mieli przynajmniej osiem godzin czekania. Asystent dyplomaty wynegocjował, żeby mogli pójść coś zjeść. Złożyli broń, ale musieli zachować uniformy Trytonów, żeby można ich było łatwo rozpoznać. Władze nie chciały szwendających się żołnierzy Atlantydy w przebraniu.


Wkrótce Dardża, wraz z Jechoszafatem, Laihem, Pailosem, Niceforem i Grzegorzem weszli do zatłoczonej, portowej jadłodajni. Wypchany kargulec szkarłatny, wiszący nad barem wyglądał imponująco i groźnie. Gdy tylko weszli, rozmowy ucichły. Dosiedli się do stołu, przy którym siedział tylko jeden mały chłopiec portowy, zajadając zupę z mahianta. Słodki zapach mahiantowego mięsa pobudzał apetyt.


Kątem oka Dardża obserwował zachowanie obsługi za barem. Kłócili się, kto ma ich obsłużyć. Z kuchni wyszła jakaś dziewczyna i – po usłyszeniu o co im chodzi – bez wahania podeszła do stolika. Na jej małym, kruchym, ciele znajdowała się – jak się wydawało – duża głowa z jeszcze większymi oczami. Czoło było zakryte w całości zarzuconą grzywką ciemnych loków. Jej wątłe kończyny ruszały się jednak żwawo.

- Co zamawiacie chłopaki? – zapytała z uśmiechem wyciągając notes.

Trytoni nie wiedzieli, czemu bardziej się dziwić. Temu że ktoś się tu do nich uśmiechnął, czy temu, że w barze pracuje hezjonka.

- A co macie dobrego – odpowiedział Dardża, gromiąc towarzyszy wzorkiem.

- Zupa z mahianta jest dobra – powiedziała, wskazując palcem na jedzenie chłopca portowego, który siedział zesrany między sześcioma pakerami we wrogich mundurach. Jednocześnie Trytoni zobaczyli dłoń dziewczyny, na której było sześć długich palców.

- No właśnie pachnie świetnie – uśmiechnął się Dardża – ja poproszę zupę.

Chłopiec portowy skurczył się jeszcze bardziej gdy dwóch Trytonów nachyliło się lekko do jego talerza.

- Mamy dobrą polędwicę z thura, kargulec na chrupiąco, w sensie suszony, ostre kiełbaski z yunaków. I jeszcze nuggetsy.

- Nuggetsy z czego? – zapytał Grzegorz.

Dziewczyna, pisząc zamówienie Dardży spojrzała na Grzegorza jednym okiem. Dosłownie, bo oczy hezjonów ruszają się niezależnie od siebie.

- No z kurczaka – odpowiedziała ze zdziwieniem.

- To ja poproszę.


Po zebraniu zamówień odeszła, przypilnować by jej goście na pewno dostali swoje jedzenie. Co dwie godziny zmieniała się warta przed salą obrad, więc Trytoni odchodzili i przychodzili. Tematem jednak nie były obrady, ale przedziwna hezjonka, jedyna osoba, która nie potraktowała ich jak wroga. Nazywała się Ishaila, pochodziła z Aszmaraelu w Wolszoi, co może tłumaczyć jej ciemne loki i twardy akcent. Po godzinach pracy przystała na zachęty by się do nich dosiąść. Potrafiła prowadzić dwie rozmowy naraz bez rozkojarzenia, patrzyć w dwóch kierunkach niezależnie, i – przede wszystkim – opowiadać pasjonujące historie ze swoich podróży.


Pod koniec dnia większość trytonów poszła już na statek, ale Dardża nie miał dziś warty. Karczma opustoszała, a on i Ishaila nadal rozmawiali. Ona wypiła o jeden kufel Ai’qratu za dużo, Dardża nie mógł na służbie. Przyłapał się na tym, że od kilku minut ona milczy, a on nie potrafi oderwać wzroku od jej pięknych, wielkich oczu, które zdawały się zaglądać w jego duszę. Wiedział, że jutro płynie do Atlantis, ale wiedział, że to nie ostatni raz, gdy odwiedza tę karczmę.


Portowy chłopiec leżał nachlany twarzą na stole.



PART 10


Atlantydę tworzy wiele wysp, i każda z nich jest wyjątkowa. Ponad sto lat temu Atlantowie wyruszyli z archipelagu Starej Atlantydy na liczne kolonizacyjne i handlowe podróże. Portem z którego wypłynęli było miasto Okeanos. Dawniej część Botropii, obecnie kolebka ich wielkiego wroga. Od lat nie jest już stolicą Atlantydy, a raczej dziadkiem o którego czule dba reszta rodziny.


W porównaniu do reszty miast, Okeanos jest wyjątkowo spokojnym miejscem. Na ulicach nie ma tysięcy zabieganych, pracujących w administracji wessenów jak w Atlantis, nie tłoczą się harewardzi i ploretariusze jak w Nafpianis, brak też kutrów pełnych młodych, chudych edów, nurkujących w poszukiwaniu pereł, jak na Omicoronach. Okeanos jest zupełnie inne. Tutaj są wszyscy. Nie ma żadnego centralnego tematu tego regionu. To po prostu naturalne miasto, gdzie ludzie wszystkich ras, wymieszani w jednym tłumie, żyją zupełnie zwyczajnym życiem.


Tutaj Dardża zamieszkał z Ratrosem, Trytonem znanym ze swojej efektywności w bitwie. Oceniany jako spokojny, metodyczny dowódca, wirtuoz trójzębu. Obaj przejęli stanowiska dowódcze w regionie Okeanos. W tym niespokojnym okresie wojen z Metropolią i napięć z Botropią, miasto potrzebowało wykwalifikowanych opiekunów. Mimo to życie tutaj było jakieś spokojniejsze niż w Atlantis.


Ale to nie klimat miasta przyciągnął tu Dardżę. Z Okeanos jest rzut beretem do innego miejsca – Bothropianes. Stolica Cesarstwa jest dobrze chroniona, szczególnie przez statkami z pobliskich portów Atlantydy. Dlatego trytoni wymyślili plan. Początkowo Dardża płynie rejsem do Chnarmasu, ale opuszcza statek na łódce gdy mijają Istmację i schodzi na ląd miejscu gdzie droga jest bardzo blisko wybrzeża, w skalistym regionie Gór Pierworodnych. Stamtąd wystarczy zabrać się z jakimś handlarzem na przejażdżkę do Bothropianes.


Tutaj Dardża spotyka się od miesięcy z absolutnie wyjątkową osobą. Ishaila, hezjonka z portowego Baru pod Kargulcem, czeka na niego w mieście. Okazało się, że mają zaskakująco wiele wspólnego. Podobnie jak Dardża, mieszkała w jednym z państw Wolszoi, ale nie widziała w nim domu. Aszmarael jest jeszcze bardziej zdominowany przez kulturę Wolszoiańską niż Nadżawara. Ludzie nie mają wspólnego celu, nic ich nie łączy, może poza ludowymi tradycjami Aszwaada. Każdy pilnuje swojego nosa. Dlatego Ishaila ruszyła w podróż po świecie. Zwiedziła całą Wolszoię, Vesmakię, przebyła Pustynię Żwirową, była u Wyroczni, i w Elgabarze. W Barze Pod Kargulcem pracowała, by zdobyć kasę na podróż do Sia Peolo. Zapytana dlaczego podróżuje, odpowiedziała że szuka… więzi.


Co roku, wraz z końcem Pory Zmierzchu, pierwszego dnia nowego roku, aszmaraelskie wioski wybierają jedną osobę, która zostaje rozebrana, wysmarowana śmietaną i przez cały dzień biega nago, popędzając mieszkańców do sprzątania. Często jest to chłopak, ale czasem dziewczyna. I co roku chłopcy głosowali, żeby któraś z dziewczyn została Aszwaadem. Na Ishailę nie głosował nikt. Nie żeby chciała biegać nago po wiosce. Po prostu wiedziała, że nigdy nikomu nie podobała się jej chuda postawa, wielka głowa i poruszające się niezależnie, wielkie oczy. Jak na dziewczynę tak spostrzegawczą, pozostawała zawsze niezauważona. Przebyła pół świata, ale Dardża był pierwszym, który nie tylko ją zauważył, ale jeszcze ryzykował, by móc się z nią zobaczyć ponownie.


W Ishaili Dardża widział siebie sprzed paru lat. Widział dziecko w piętnastoosobowym rodzeństwie. Ojciec często mylił go Kardżą, Fardżą, Bardżą, Pardżą, Lardżą, Wardżą, Nardżą, Dzardżą, Szardżą, Dżardżą, małą Lardżą, Tardżą a nawet ze Stefciem. Widział go jako „jednego z synów”. W Metropolii widziano go jako „jednego ze wspólników”. Nawet w Atlantydzie zawsze był „częścią załogi lub grupy”. Ale Ishaila nie widziała go jako „jednego z Trytonów”. Zdawało mu się, że po raz pierwszy ktoś patrzy na niego i widzi po prostu… Dardżę.


Spotkania kochanków nie były częste, ale Ratros pomagał Dardży jak mógł. To on rozkminił jak niepostrzeżenie przedostać się do Bothropianes i to on już się zastanawiał jak bez komplikacji przeszmuglować z Cesarstwa samą Ishailę.


Ich szczęście nie trwało długo. Dardża został wezwany do Atlantis przez samego Wielkiego Admirała. Kochankowie musieli rozstać się na dłużej.



PART 11


Dardża wielokrotne widział Twierdzę Istrii, ale nigdy nie był w środku. Zamek o białych murach osadzony na białych skałach maleńkiej wysepki zdawał się wyrastać z wód Oceanu. Aby dostać się do Twierdzy, należało wpłynąć przez centralną bramę do niewielkiego portu zamkowego. Dardża i kilku innych towarzyszy zeszli na szalupę i skierowali się w jej stronę. Z zafascynowaniem patrzyli w górę na masywny most, pod którym przepływali. W sytuacji zagrożenia między każdym filarem mostu może zostają spuszczone trzy rzędy krat. Gdy wypłynęli z cienia mostu, oczom ukazał im się wodny dziedziniec, otoczony z trzech stron murami, tarasami i gmachami pałaców, urzędów i skarbców. W centralnej części znajdował się Pałac Admiralski, z rzędami strzelistych, wysokich na wiele pięter okien. W centralnej części pałacu, jak i na dachach baszt wiały olbrzymie flagi z trójzębem.


Wielki Admirał, Shartos Vartzo, rezydował tu od kilkunastu lat. Dziś zwrócił się do Dardży i jego towarzyszy z wyjątkową misją. Celem Trytonów miało być zinfiltrowanie rezydencji Herrmana Cartago, jednego z najprężniej rozwijających się bogaczy Metropolii. Dardża słyszał wiele o Herrmanie gdy pływał na metropolitańskich statkach. Dziś Atlantyda jest z Metropolią w trakcie wojny. Doniesienia ich stolicy sugerują że może dojść do zmian w metropolitańskiej polityce. W zależności od tego jak rozwinie się sytuacja, to może zapowiadać epickie zwycięstwo lub tragiczną porażkę.


Dardża, Ratros i Laih muszą przeniknąć do Zantari i znaleźć kontakt z Aurum Fratrum – szpiega który jest tam już od lat. Jego kryptonim to „Ozjasz”. Na samą myśl o Aurum Fratrum Dardża zmarszczył brwi. Czuł się nieswojo w ich towarzystwie. Szczególnie creepy były te ich złote maski pod których wyglądał mrożący krew w żyłach wzrok. Tutaj, na Istrii kręciło się ich wielu. Zawsze cisi i skupieni, jakby coś kombinowali.


Nie ucieszyło go również, gdzie zatrzymają się w swojej podróży. Po rejsie przez Ocean Śródlądowy wylądowali bowiem na terytorium Aurum Fratrum. O mieście w którym się zatrzymali na charakteryzację można by napisać osobne opowiadanie. Dardża otrzymał tam wszystko czego potrzebował, by wyglądać jak swoja przykrywka – bogaty właściciel ziemski z kolonii. Miejscowy, który się dorobił i przypłynął do Metropolii by robić byznesy z dużymi chłopcami.


Złote włosy, skórzany, czerwony płaszcz, wypięta naga klata no i naszyjnik z symbolem Metropolii. Chodzi o to, żeby wyglądać drogo, nieco wieśniacko, ale przede wszystkim epicko. W końcu jadą do miejsca, w którym najważniejsze, to się dobrze sprzedać. Wkrótce wypłynęli w stronę Metropolii.


Przepływali przez Cieśninę Asroc – jedną z trzech najważniejszych cieśnin na świecie. Jedyną drogę morską, która łączy północ z południem. Atlantyda czerpała z tego miejsca wielkie zyski. Statki handlowe codziennie przepływały przesmykami cieśniny by handlować z miastami-państwami północy. Erhantią, Schwanayą, Metropolią, Braex, a może wybrać się na długą podróż północnym szlakiem. A jednak – z powodu wojny metropolitańskie statki nie przypływały z północy a atlantyckie – mogły płynąć tylko na południe. Dardża, Ratros i Laih otrzymali mały statek zrobiony w stylu wschodnich kolonii metropolitańskich z okolic Gahazy-Mun i ruszyli w rejs po Morzu Rdzawym.


Dardża dawno nie widział Zantari. Był to niepokojący widok. Stolica, choć utrzymana w czystości, skrywała pod równym brukiem ulic, brudny, ohydny świat nędzarzy, dosłownie rzuconych pod stopy tych, którzy kupili sobie obywatelstwo. Studzienki kanalizacyjne nie śmierdziały szambem, ale brudem przewalających się pod spodem ludzi. W chłodny dzień biło z nich ciepło stłoczonych ciał. W przeciwieństwie do nich, na samym szczycie miasta, w wieżowcach, mieszkali możnowładcy. Im wyżej sięgał jego szczyt, tym bogatszy był jego właściciel. Wychodził na to, że bogacze mierzyli sobie kto ma dłuższego wieżowca.


Ale był jeden który zdumiał wszystkich. Nowy gracz – młody i energiczny Herrman Cartago. Zbudował on dwa, mniejsze budowle. Jedną przy porcie, która służyła za centrum jego rosnącego imperium nieruchomości i materiałów budowlanych. Druga była jego prywatną rezydencją. Stawiając dwie, niższe budowle pokazał że jest godzien zaliczać się do wielkich, ale jest także bliżej zwykłych kupców. Oprócz tego wieże były połączone długim mostem, biegnącym ponad dachami miasta. Z mostu zaś zwisał wielki baner z napisem. „Za czyje pieniądze ta wojna?” oraz „Kto ci zabrał twoje szlaki?”. Po drugiej była chamska reklama jakiegoś skupu części huakamanów. Ciekawe ile Cartago za nią policzył.


Tak czy inaczej, to ten budynek należało zinfiltrować. Po krótkim czasie znaleźli nawet Ozjasza. Na ulicy był głośny i otwarty, ale gdy zostali sami, spoważniał. Choć był bez maski i swoich szat, ten sam, przeszywający wzrok zagościł w jego oczach. Dardża dostał gęsiej skórki. Ozjasz cichym, zimnym głosem wyjaśnił sytuację w której się znajdowali.


Wojna trwa od wielu lat. Obie strony są nią zmęczone i tracą na wstrzymaniu handlu, szczególnie w Cieśninie Asroc. Metropolia jednak jest zawsze definiowana przez charakter działalności swoich najbogatszych. Metalurgia, niewolnictwo i stocznictwo ma się świetnie w trakcie wojny. Ludzie o tym wiedzą i chcą zmian. Wielką sympatię budzi młody Herrman Cartago, który od kilku lat pnie się po drabinie społecznej. Chłopak wyrósł na ulicach Zantari, jako dzieciak średniej klasy kupców. Ludzie go tu znają, a on robi takie byznesy. Jest też znany z tego, że przyjmuje do swojej świty ludzi o potencjale, nie o znajomościach. Wygląda jakby Cartago był pokojowo nastawionym działaczem społecznym.


A jednak, Ozjasz dowiedział się, że Herrman pomaga jednemu z bogatszych możnowładców w budowie floty wojennej. Jego klient – James Filcyk – chce uniezależnić się od swoich pracodawców i sięgnąć po sam szczyt. W mało uczęszczanych portach Północnych Rubieży, z kupionego od Cartago za bezcen drewna i metalu, Filcyk zbudował już flotę, która przewyższa liczebnością jednego z największych kasiarzy.


Pytanie brzmi, po co? Może Cartago chce wylansować Filcyka? Może chce dokonać blokady wybrzeża, tylko którego? Może chce znienacka zaatakować? Tylko kogo – tymczasowo zabroniono samowolnych ataków na Atlantydę – pod groźbą konfiskaty majątku. Jeśli tak, jakie zyski odbiera z tego sam Cartago?


Następnego dnia będą musieli to zbadać. Ich celem – rezydencja Herrmana Cartago.



PART 12


Operacja szpiegowska była podzielona na trzy etapy. Ratros prowadził dywersję, pozorując serię kradzieży z magazynów Herrmana Cartago, używając do tego podziemi miasta Zantari. Laih jako zwykły pracownik fizyczny miał przekraść się do środka posiadłości Herrmana Cartago i znaleźć miejsca, w których mogły być ukryte informacje dotyczące śledztwa.


Wczoraj Laih nie przesłał informacji o statusie poszukiwań. Dardża wiedział, że to dlatego że był pod przykrywką. Mimo to, był nieco zestresowany. Wszak to właśnie on prowadził tę część akcji, która prowadziła ich na prywatne spotkanie z Herrmanem Cartago.


Piękna, skąpo ubrana Aszmaraelka podała Dardży i Ozjaszowi napoje. Soczyste owoce pływające w ciemnej miksturze kusiły, ale obaj czekali do dołączenie gospodarza spotkania.


Siedzieli na jednym z wysokich pięter wieżowca. Zza okna rozpościerał się wspaniały widok, ale Dardża miał tutaj odgrywać rolę jednego z kolonialnych właścicieli, więc nie patrzył w stronę okna, na miasto które odgrywana prze niego postać powinna tak dobrze znać. Zamiast tego powoli i spokojnie mieszał przygotowany dla niego drink, czekając na zjawienie się gospodarza.


Spoglądali na siebie niepewnie - on i Ozjasz. W razie niepowodzenia jedynie ich trening w walce był im pomocą. W obliczu niebezpieczeństwa, jego umiejętności byłyby w stanie doprowadzić ich do wyjścia. Pytanie, jak silna jest siatka wywiadowcza Ozjasza i czy da radę doprowadzić ich na bezpieczny statek.


Ozjasz był pełen tajemnic jak każdy z Aurum Fratrum. Jego przenikliwe, straszne oczy, były obecnie łudząco miłe, wręcz przyjemne. Oczy, którym warto zaufać - dokładnie takie, jakich potrzebowali do wypełnienia misji.


Wkrótce, po dłuższym czasie mieszanie swoich drinków, nasi bohaterowie usłyszeli kroki postaci nadchodzącej od strony klatki schodowej. Wkrótce z cienia wyłonił się wysoki jegomość o komicznie wielkiej twarzy z komicznie przerysowanymi ustami i nosem. Jego oczu nie było widać, zza okularów wypełniających oczodół.


- Sh'alm panowie - podziedział spokojnie Herrman Cartago.


- Sh'alm - odpowiedzieli Dardża i Ozjasz


- Przyniosłem wam... - Cartago zatrzymał się. W dłoni ściskał nieotwartą butelkę wina - a cóż to macie w kielichach.


Bez pytania chwycił kielkich dzierżony przez Dardżę i skosztował znajdującego się w nim drinka. Po skosztowaniu, zmarszył brwi i wziął większy łyk. Odczeka chwilę, czując jak silny alkohol gładzi mu przełyk. Dardża nie był pewien co się dzieje, ale widział, że Cartago robi to w sposób performatywny.


- To nie godzi się - zawołał - by zaczynać od tak mocnych trunków. Slużba, nowe kielichy!


Aszramaelka szybko przyniosła kielichy do wina a gospodarz rozlał świeżo otwartą butelkę między swoich gości i siebie.


- Wpaniały smak - uśmiechnął się Dardża - czuję owocowe nuty, jak w naszym haidyjskim winie.


- Ahhh Haida, wspaniała wyspa - uśmiechnął się Cartago - dawno tam nie byłem, jak wygląda interes ze Scydią? Dostawy z Elkedry dalej kursują?


- Oczywiście - odpowiedział Ozjasz - aureńskie zboże i rimmanium .nadal witają w naszych portach.


- Ale tak właściwie - przerwał mu Dardża - przybyliśmy tu zapytać o Farvaar.


Cartago polewał sobie koleny kielich, zupełnie niewzurszony.


- Farvaar - powiedział spokojnie - niezwykłe, że o nie pytacie, płynie stamtąd wiele ciekawych wieści.


- O niejakim Filcyku - rzekł Dardża - a ja i mój wspólnik, chcemy się dołączyć do waszego interesu.


Zapadła cisza. Cartago, spoglądając na napełniany ponownie kielich nie dał wyczytać ze swoich ruchów żadnych emocji. Po chwili podniósł wzrok, a w jego oczach dało się zobaczyć błysk zainteresowania.


- Chcecie zobaczyć, co ostatnio stamtąd otrzymałem? - zapytał Cartago, gestem wzywając straże złożone z uzbrojonych po zęby, lekko przyćpanych rapugezów.


- Jest to warte uwagi? - zapytał Ozjasz.


- Waszej? Jak najbardziej.


Wkrótce cała trójka schodziła w dół, docierając do niższych części wieżowca. Cartago, mijając uzbrojonych strażników, otworzył ciężkie drzwi. Przed nimi znajdowała się przepaść. Ciągnąc dużą dźwignię, Cartago opuścił pomost, wspierany wielkimi łańcuchami.


Rapugezi stali przy wejściu oraz po obu tronach Cartago. Dardża wiedział, że Ozjasz już ocenia trasę potencjalnej ucieczki.


Przed nimi roztaczał się loch. W kącie, skulony i skuty, siedział człowiek. Jego potężne muskuły, pokryte brudem i krwią, jego dłonie leżące na ziemi, pod ciężarem żelaznych kajdan.


Więzień spojrzał w kierunku przybyłych. Dardża zamarł. Więźniem był Laih. Starając się nie okazywać emocji patrząc na skatowanego przyjaciela, Dardża zwrócił się do Cartago.


- To wszystko? - w jego głosie czuć było podirytowanie - nie są mi potrzebni niewolnicy, chcę dołączyć do projektu budowania floty.


- Eh - uśmiechnął się Cartago, sprytnie przechodząc na drugą stronę rozpiętego między nimi łańcucha - chciałem się tylko pochwalić złapanym w nocy szpiegiem.


Ozjasz i Dardża zamarli.


- W jego oczach jest coś wyjatkowego - powiedział Cartago - jakaś taka mądrość, którą widziałem dotychczas tylko wśród wojowników Aurum Fratrum.


Ozjasz poruszał się swobodnie, nawet uśmiechajac się drwiąco, jednocześnie będąc gotowym do ucieczki. Dardża wiedział, że ucieczka będzie najpewniej niemożliwa.


- Ale gdybym miał zgadywać - powiedział Cartago, podchodząc do Dardży i patrząc mu prostow oczy - powiedziałbym, że chłopak jest z Atlantydy.


Dardża nie drgnął. Wzruszył ramionami.


- Na szczęście nie miałem przyjemności się z nimi spotkać - powiedział, siląc się na spokój.


- Oczywiście, że nie - uśmiechnął się Cartago - ale zapewniam, jak raz zobaczysz ich wzrok, zapamiętasz go na zawsze.


Cartago wyciągnął dłoń i za chwilę otrzymał zakrwawiony kamień od jednego z rapugezów. Nie odrywając wzroku od Dardży, rzucił go w kierunku więźnia. Po chwili usłyszeli tłumiony jęk uderzonego.


- Szkoda że jego wspólnicy z Atlantydy - kontynuował Cartago, wyciągając dłoń po kolejny kanień - postanowili go porzucić.


Tym razem rzucił mocno, celując w głowę. Komień uderzył w łopatkę więźnia, a ten wypręzył się w bólu, ukazując zakrwawiony, nagi tors.


- Chciałbym go jakoś wywiesić publicznie - rzucił Cartago wyciągając głoń po kolejny podany mu kamień - jak ostrzeżenie dla innych szpiegów Atlantydy.


Ozjasz był gotów na odwrót z użyciem siły, Dardża ruszył nogą by poczuć gdzie jest ukryty w nogawce nóż. Cartago podszedł do niego. Dardża mógł zobaczyć się w odbiciu jego okularów.


- Przepraszam, nasz czas się skończył, panowie - powiedział Cartago powoli.





DARDŻA PART 13


Dardża siedział w dużo mniejszej celi niż Laih. Rany, jakich doznał podczas próby odbicia więźnia zostały starannie opatrzone. Rapugezów, którzy przynosili mu jedzenie wyraźnie korciło by go uderzyć, ale chyba zostało im zabronione.


Dardża westchnął ciężko. Ból w klatce piersiowej przypomniał mu o uderzeniu z buławy, jakie otrzymał wczoraj od jednego z rapugezów. Żelazna buława, tego się po jednym z nich nie spodziewał.


Wyjrzał przez kraty w drzwiach na korytarz. Charakterystyczne czerwone płaszcze i bogata biżuteria były jedynym wspólnym elementem ich wyposażenia. Każdy walczył inaczej i czym innym. Każdy ćpał też co innego.


Wygadanie się stąd będzie trudne, szczególnie po tym ilu ich braci wczoraj zabił. On i Ozjasz…


Właśnie, co z Ozjaszem? Ostatni raz widział go podczas ucieczki na dach, chyba był ranny…


Dardżę uderzyła świadomość, że to może być wyprawa, z której już nie wróci. Ishaila zostanie sama. Ciężko westchnął, zderzony z tą myślą. Przyszłość którą mogli mieć razem… nigdy się nie zdarzy.


Jego rozmyślania przerwał odgłos kroków w korytarzu.


– A więc nasz bohater się obudził – zagrzmiał głos Cartago.


Dardża milczał.


– Hej do mnie nie miej pretensji – powiedział – ja was uczciwie wypuściłem, trzeba było nie wracać po nocy i nie włamywać mi się do domu.


Dardża nadal milczał, podczas gdy Cartago powoli otworzył drzwi, a dwóch rapugezów usadziło Dardżę na jego pryczy.


– Myślałem, że będziesz chciał to zobaczyć – rzucił na ziemię zakrwawioną, złotą maskę Ozjasza.


To nie musiało oznaczać, że Ozjasz nie żyje. Pytanie, czy miał maskę, gdy uciekali na dach. Jest montowana do specjalnego hełmu, nie wypada tak łatwo, chyba że jest uszkodzony mechanizm. Dardża przyjrzał się masce bliżej. Zarysowanie i wgięcie. Może od uderzenia ciężkim obuchem?


– Milczysz – zaśmiał się Cartago – twój kolega też milczał, ale to dziwnego, oni zawsze tacy są, szczerze mówiąc, nieco zdziwiło mnie, że krwawił, miałem nadzieję że legendy są prawdziwe i po prostu rozpłynie się w czarną mgłę.


Dardża spojrzał na swojego gospodarza i odpowiedział jedynie lekkim uśmiechem kącika ust.


– Liczyliście ilu moich mieliście na koncie – zapytał Cartago z nieukrywaną ciekawością – spodziewam się że przechwalacie się swoimi osiągnięciami a domu, w tym waszym zamku.


– Nigdy nie byłem w ich Zamku – powiedział w końcu Dardża – moim domem jest port.


– Siedemnaście – opowiedział Cartago, nagle poważniejąc – siedemnaście dusz, każda z jakimś domem, w której czekali na nią bliscy.


Zapadła cisza.


– Twój kolega cię przebił – kontynuował – dwudziestu trzech strażników i jeden kucharz, który był w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie, użyty jako żywa tarcza.


Dardża milczał, nadal patrząc w oczy Cartago, mimo że chciał spuścić wzrok.


– Mamy wojnę – powiedział Dardża cicho – każdy z nas chce wrócić do domu.


– Tak – powiedział Cartago – a ja mam dla ciebie propozycję.


Wyciągnął z torby zapieczętowany list.


– Uznajemy, że ty zabiłeś wielu moich ludzi – rzekł, bawiąc się listem – a ja zabiłem twojego kolegę. I jesteśmy kwita. A ty zostajesz uwolniony i wysłany z tą wiadomością do Wielkiego Admirała.


Cartago wyciągnął w jego stronę list.


– Chcesz wrócić do domu?




Komentarze


©2023 wykonanie Jakub Pytel. Stworzono przy pomocy Wix.com

bottom of page